Obserwatorzy

niedziela, 14 września 2014

On ma siłę i moc...





       Las. Ma moc, której uczę się ciągle i wciąż, od dziecka, od zawsze. Za każdym razem, gdy jestem w lesie, odkrywam w nim coś nowego. Poznałam już setki jego zapachów, a ile jeszcze przede mną....
       Wczoraj byłam umierająca. Pisałam o tym. Dziękuję za wsparcie i życzenia powrotu do zdrowia. Jesteście kochane. Coś mnie męczyło od czwartku, modliłam się tylko, by dać radę do piątku. Dałam. Jednak wieczorem klapa, a sobota to już całkiem...rozłożyło mnie na łopatki. Od rana faszerowałam się, czym popadło. Zaraziło mnie czymś 24 rozsiewaczy wirusów i bakterii, więc łatwo nie było. Organizm walczył, a ja pomogłam mu wieczorem piwem grzanym z sokiem malinowym.Rada męża przez telefon. Dziś jest o wiele lepiej. Choć muszę przyznać, że jako niepijąca, "ululałam" się tym gorącym piwkiem, że ho ho. Spałam niczym trupek. Krople do nosa zapodałam i spałam.  
       Dziś rano było naprawdę lepiej. Dlatego, mąż, gdy tylko wrócił rano ze służby, postanowił, że jeszcze lepiej mi zrobi las i aromaterapia leśna. Zostałam na siłę niemal zabrana do lasu. 
       Miał rację. Bałam się trochę, że będzie gorzej. Las ma jednak zbawienną i tajemniczą moc. Tym bardziej, że byliśmy w pięciu miejscach. Grzybów jadalnych, jak na lekarstwo. Za to "innych" urodzaj prawdziwy. Są piękne, bajkowe. Mąż grzyby zbierał, a ja biegałam po lesie, wdychałam jego zapachy i wzdychałam do mchu na każdym kroku. Zapachy lasu to istny obłęd. Co kilka metrów pachnie inaczej. Niesamowicie. 







     
      Piękny odcień fioletu. Teściowa mówiła, że lubi kolor fioletowy. Będzie jadła fioletową zupę. Ostatnią ;-)
Żartuję. Niech mamusia żyje długo, sto lat albo dłużej ;-)




       I dupa zimna :-) Ktoś się schował i wystawił na mnie goły tyłek ;-)


   

       A to zdjęcie muchomora zrobiłam podczas poprzedniego grzybobrania. Nie mogłam się oprzeć i wkleiłam go dziś. Cudny jest.













      Oczy pięką, katar został, a jakże..., gardło siadło, bo gardłem głównie pracuję, ale musi być lepiej. Jutro do pracy śmigam. Dam radę, wyjścia nie ma. Zresztą czekają na mnie 24 łobuziaki uśmiechnięte od ucha do ucha. Nie można chorować ;-)


sobota, 13 września 2014

Serce domu...



          Kiedy smutno, kiedy źle..., gdy dopadnie choroba... najlepsza recepta to przemeblowanie. Zdecydowanie. Nawet, jeśli położenie zmieni jedna rzecz ;-) No dobra, kilka przedmiotów powędrowało w inne miejsce, ale jaka radość! Polecam. 




        Wróciłam do pracy, wakacje skończyły się szybko, choć, jak przyznam się tutaj, że moje trwały dwa miesiące, to oberwę. Oj, oberwę. Jednak, naprawdę ciężko i uczciwie pracowałam przez całe 10 miesięcy. Na wakacje czekałam zatem z utęsknieniem.  
        Była Chorwacja, w której rozkochałam się na amen, byli ludzie, którzy zmienili moje życie, dosłownie i w przenośni, była piękna wyprawa w Karkonosze we dwoje, cztery dni górskiej wędrówki z najwspanialszym facetem pod słońcem, było mnóstwo rowerowych wypraw, tych dalekich i tych bliskich. Jak wiadomo, kocham rower i "moje" lasy, stawy, "moją" przyrodę. Kocham też mojego męża i dzieciaki. Dlatego, oprócz penetrowania lasów wokół domu, wybraliśmy się rowerami w Góry Izerskie. Cudownie spędzony czas na pedałowaniu, śmiechu i podziwianiu przyrody. Innym razem, mąż zrobił mi niespodziankę i wymyślił wyprawę rowerami na zamek Grodziec, łącznie ponad 70 km. Było fantastycznie. Jedna z najpiękniejszych wypraw rowerowych tego roku. Aż żal, że niedługo śniegi nas zasypią i rower spocznie w garażu do wiosny. No nic...jeszcze przecież piękna jesień przed nami. Mam zamiar ją wykorzystać. Będzie rower, będzie górska wędrówka, do której odliczam dni, będzie ciepło rozpalonej kozy. Będzie się działo ;-)
       Tymczasem, dopadła mnie choroba. Oj, kiedy to ja ostatnio chora byłam... w lutym chyba. Mam teraz "zerówkę" pięciolatków i jak to bywa, gratis cały zestaw bakterii i wirusów. Mój organizm zastrajkował i wziął sobie jakieś paskudne ustrojstwo od tych słodkich, uśmiechniętych rozrabiaków. Bolą uszy, boli gardło, katar okropny męczy, plecy bolą, łąmie wszędzie w gnatach. Doła mam lekkiego, bo chciał nie chciał, dzieciaki pokochały panią Gosię i będą czekać w poniedziałek ;-) 
      Dziewczyny, na Was zawsze można liczyć. Pomóźcie mnie postawić na nogi, proszę.


      Poprawiłam sobie nastrój małym przemeblowaniem, wysprzątałam przy okazji w różnych kątach, choć był to wysiłek morderczy. Jedno się ruszy, to drugie woła o pomstę do nieba. No cóż...dzieci (nie tylko moje), pies, kot, mąż, który jest rekordzistą w chodzeniu po domu w zabłoconych buciorach.
     Słabo mi się zrobiło po wszystkim, ale uśmiech i tak nie schodził z buzi :-) Mąż poszedł rano na służbę, dziewczyny u dziadków. Psa i kota wygoniłam na podwórko, co by mi się pod nogami nie plątało towarzystwo. I do dzieła. Znacie to uczucie? Niby nic, a micha się cieszy. Ja znam :-)))





 
         Pies niezmiennie ma swoje legowisko pod drzwiami naszej sypialni. zawsze tak było i to akurat się pewnie nigdy nie zmieni.

        Mój ukochany fotel do czytania i wygrzewania się przy kozie, powędrował na drugą stronę salonu. Tak jest lepiej, zdecydowanie. A na ścianie zawisnął obraz. To pamiątka z Chorwacji. Obok naszego namiotu, po tygodniu pobytu, zamieszkało austriackie małżeństwo. Przyjechali, jak to u Austriaków bywa, nowiutkim, pięknym kamperem. Ona - nauczycielka muzyki, on - malarz. Przesympatyczni ludzie, z którymi spędziliśmy tydzień. Pan Malarz pozwalał mi zaglądać przez ramię, gdy malował, a robił to często, więc zaglądałam. Nawet nie wiedziałam, że pewnego dnia powstał obraz, na którym są nasze chorwackie wakacje.  Dostaliśmy obraz w prezencie, ze słowami..." Dziękujemy wam za możliwość obserwowania tak wspaniałej polskiej rodziny, za uśmiech i rozmowy na każdy temat. Do zobaczenia za rok." Ja się poryczałam. Męża zatkało, a dziewczyny wzruszyły się, jak to dzieci. Mamy piękną pamiątkę. Zdjęcia też są, w ilości chyba tysiąca. Jednak obraz jest dla nas wyjątkowy. A my jedziemy za rok w to samo miejsce, bo zostawiliśmy tam kawał serca i duszy, ludzi, którzy co roku są w tym samym terminie w pensjonacie i na maleńkim polu namiotowym u państwa Danilo i Vesny. Podobno to jedno z niewielu miejsc, gdzie nie ma Polaków. Wszyscy się tam nami zdziwili, bo dawno polskiej rodziny nie mieli :-) 









       Kiedyś przeczytałam na jednym z blogów takie oto zdanie - "Spraw sobie taki stół i taki sposób zaaranżuj jego otoczenie, abyś chciał przy nim pozostać, nawet kiedy nie zapowiada się na deser..."
       Mam taki stół od dawna. Kupiłam go, gdy jeszcze mieszkałam w mieście, a dom się budował. Bałam się, że będzie to "martwy" przedmiot w naszym nowym domu. Zaaranżowałam go po przeprowadzce w taki sposób, aby nie chciało się od niego odchodzić. Udało się. Mamy stół, przy którym jemy, gramy w karty i gry planszowe z dziećmi, z przyjaciółmi, rozmawiamy godzinami, jemy tonę czekolady, pijemy wino, czytamy, leżymy i przytulamy się wszyscy, pracujemy, odrabiamy lekcje i dziesiątki innych rzeczy robimy przy naszym stole. Uwielbiamy go. Jest naszym sercem domu. Lubię moment, gdy narzucam na niego nowy obrus, bo poprzedni nosi znamiona naszej miłości do stołu i do siebie ;-) Najpiękniejsze jest jednak to, że drugi stół jest na tarasie. Zaaranżowany w taki sam sposób...chcemy przy nim być, nawet kiedy nie zapowiada się na deser. Udało się.






            Kochani, życzę Wam zdrówka (ja też wyzdrowieję, mam nadzieję), pięknej niedzieli i całego przyszłego tygodnia, stołu, od którego nie będzie chciało się odchodzić i jeszcze wspaniałych przyjaciół Wam życzę, a także zachwytów nad dniem codziennym. Ściskam ciepło i moooocno! Buziaki :-)


piątek, 6 czerwca 2014

Radość z metamorfozy...


   

     



        Nareszcie się udało! Stół do przesadzania kwiatów przeniesiony w docelowe miejsce. Alleluja! Ileż ja na to czekałam, wiem tylko Ja sama. No, ale jest i koniec mojego narzekania ;-) Musiałam 2 lata z nogi na nogę podskakiwać koło męża, bo tak ochoczo budował domek dla naszych dziewczyn, że...no właśnie. Ale jest i domek, i stół koło domku. Napatrzyć się na niego nie mogę :-) Mężuś zrobił przy okazji podest pod stół z kamiennych płyt (jakiś piaskowiec, nie znam się) i jest stabilnie dzięki temu, i wygodnie, bo błotka pod nogami nie mam, gdy tańczę z donicą, kwiatem i grudą ziemi w garści :-) Wcześniej bywało, że taplałam się po deszczu w błotku. Gdy się deptało w jednym miejscu, to trawa rosnąć tam nie chciała. Teraz jest kamień i jest super wygoda :-)   
         
        
         Ale ja w sumie nie o tym, choć serio stół w nowym miejscu cieszy jak nowa lalka dziewczynkę. 
Chciałam o rowerze napisać. Dokłądniej o tym, jak trudno udowodnić, że mój rower nie jest nowy, a tylko odnowiony i ma chyba jakieś 10 lat. Mojej koleżance jednak trudno uwierzyć, że to ten sam rower. I uparła się jak koza, że coś kręcę. Wygrzebałam więc starsze zdjęcia i trochę tych nowych. I dla porównania zestawiłam je tutaj. Łatwiej tak niż słać ememesy, w które droga Kasiu pewnie też nie uwierzysz ;-) 
        W sumie, oglądam te fotki i nie dziwię się, że na rowerze jeździłam, ale bez miłości do niego samego. Ot, rower crossowy z bardzo dobrym osprzętem, na którym śmigałam, że aż miło. Głowa jednak leciała za ŁADNYMI rowerami. I tak chciałam się zakochać w swoim, że postanowiłam go przemalować i wymienić w nim to i owo. Udało się, choć mąż się podśmiewał. Mój sukces jest taki, że teraz to ja ten mój rower kocham tak samo, jak tego mojego chłopa, co się tak podśmiewał. Śmigam zatem na rowerze ochoczo, jeszcze więcej niż przed metamorfozą, bo o to chodziło.  Sami popatrzcie, że różnica niby niewielka, ale jest :-)

















         A to poniżej, świeże zdjęcie, bo dzisiejsze. Pogoda taka rajska, że pojechałam rowerem do pracy i wróciłam. Po drodze słuchałam ptaków, które śpiewają raniutko niesamowicie, nawąchałam się wszystkiego, co tylko rośnie na łąkach i polach...taka poranna aromoterapia. Pracę zaczęłam w doskonałym nastroju, a że dziś piątek, kończyłam ją w jeszcze lepszym :-) Weekend też spędzę "na niebiesko" czyli mój rower na tle niebieskiego nieba :-) Muszę tylko poszukać niebieskiej sukienki ;-)
Wczoraj wypożyczyłam sobie cztery książki. Zatem...rowerek, koc, łąka, dobra książka i czekanie na wakacje! W niedzielę może Góry Izerskie albo Karkonosze, skoro ma być ponad 30 stopni ciepła, tylko w górach to zniosę. Oczywiście na rowerze :-) 
A Wy, co planujecie w weekend? Pochwalcie się Kochani. W ostatnim poście pisałam, że tak niewiele trzeba, by wypocząć... Zatem...


Radość z piątku i powrotu z pracy :-) Zwycięsko wyszłam z obowiązków w tym tygodniu i zasłużyłam na pożądny odpoczynek. 

  Po drodze naoglądałam się chmur na pięknym odcieniu błękitu. Uwielbiam gapić się w niebo i zgadywać, jaki kształt przybrała konkretna chmura. Każdy widzi coś innego. Zawsze.





     No i na deser migawki z kącika ogrodniczego. Stół jako model ;-)





















     I to by było na tyle.
Życzę Wam dobrego weekendu, błękitnego nieba, słońca, uśmiechu i spełnienia marzeń. Tak, właśnie spełnienia marzeń. Bez okazji. Ja chcę spełnić pewne marzenie w ten weekend. I mam nadzieję, że się uda. Ściskam każdą dobrą duszę i wysyłam dobrą energię :-))))